Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek, że wpadliście na naprawdę świetny pomysł, wiedzieliście, że to świetny pomysł, bardzo potrzebny i na pewno doskonale rokujący… i potem na czternaście lat wsadziliście go do szuflady?

Na pomysł pisania bloga o pilatesie wpadłam jeszcze podczas kursu nauczycielskiego, na jesieni 2005 roku. Chodziłam przez jakiś czas z rękami w kieszeniach, zastanawiając się nad tym, co napisałabym o Setce, a co o Double Leg Stretch, a potem wróciłam do mojego normalnego bloga o życiu, bo miałam wtedy do opisywania o wiele więcej interesujących rzeczy, niż wzorzec wyprostu nogi w stawie biodrowym albo to, jakie mięśnie powinny działać podczas prawidłowo wykonanego zgięcia kręgosłupa z leżenia na plecach.

I z perspektywy tych czternastu lat mogę powiedzieć: No i bardzo dobrze! Przecież ja wtedy nic o pilatesie nie wiedziałam, chociaż oczywiście wydawało mi się – jak wszystkim nauczycielom, którzy kończą kurs – że jestem alfą, omegą i chodzącą zajebistością. Choć oczywiście teraz czytałoby się to najprawdopodobniej doskonale, zwłaszcza z komentarzami w stylu Niezatapialnej Armady. Jeśli nie znaliście wcześniej Niezatapialnej, nie dziękujcie. Dobrem należy się dzielić.

Potem wielokrotnie pytano mnie, kiedy wreszcie napiszę książkę o pilatesie, a ja zgodnie z prawdą odpowiadałam, że nigdy, ponieważ pisanie o pilatesie mnie nie interesowało. Możliwe, że nie interesowało mnie dlatego, że wtedy prowadziłam na raz siedem pełnoetatowych żyć zawodowych i na ósme, czyli pisanie nie było czasu, a możliwe, że był to czas, kiedy każdego, kto chciał ode mnie jeszcze czegoś związanego z pilatesem miałam ochotę głównie udusić. Nie był to najlepszy czas w moim życiu, że tak ujmę eufemistycznie. Za to mam teraz naprawdę bardzo dużo materiałów źródłowych do napisania pełnokrwistego obyczajowego kryminału w stylu Chmielewskiej.

W każdym razie po czternastu latach zorientowałam się, że na polskim rynku nadal nie ma porządnego źródła informacji o pilatesie, które ułatwiałoby życie przeciętnemu człowiekowi, który się chce czegoś sensownego o tej metodzie dowiedzieć. Zresztą, co tu dużo gadać – sami nauczyciele pilatesu dość często się gubią w nadmiarze sprzecznych informacji. A ja zdążyłam ogarnąć temat na tyle głęboko i na tyle szeroko, żeby nie bać się, że palnę coś od rzeczy i potem okaże się, że będzie poruta na cały Internet. Tego bym nie zniosła.

Mektub. Nie ma co walczyć z Przeznaczeniem…