” – Katolik czy protestant?

– Turysta.

– A, to przepraszamy, stary.”

mój przyjaciel Michał w rozmowie z północnoirlandzką bojówką

W styczniu siedziałam z Julie Driver nad kawą i kanapkami z jajkiem i awokado w uroczej londyńskiej kafejce. Julie właśnie wróciła ze Stanów, gdzie filmowała po raz drugi lekcje dla Pilates Anytime i postanowiłam zapytać ją o coś, co nurtowało mnie od paru dobrych lat.
– Słuchaj, ja strasznie nie znoszę tego podziału na pilates „klasyczny” i „nowoczesny” – powiedziałam. – Zawsze wydawało mi się, że pilates jest jeden i można go po prostu robić dobrze albo źle.
Julie spojrzała na mnie jak na kogoś, kto właśnie odkrył, że niebo jest niebieskie.

– Dokładnie – odpowiedziała.

Kiedy piętnaście lat temu trafiłam na pilates do Teresy Kryszkiewicz, pierwszej polskiej nauczycielki Body Control, nikomu się jeszcze nie śniło o dzieleniu pilatesu na „klasyczny” i „nowoczesny”, pewnie dlatego, że w sumie o tym, czym pilates jest wiedziało wtedy jakieś dwa tysiące ludzi na świecie. Ćwiczenia były po prostu dla początkujących, średniozaawansowanych i zaawansowanych, każdy ruch prowadził do bardziej skomplikowanych ruchów, jedno wynikało z drugiego i naprawdę bez opanowania Zamykania Żeber – czyli prawidłowego ruchu zgięcia i wyprostu stawu barkowego – nie było co marzyć o tym, żeby poprawnie wykonać Double Leg Stretch.

Zaczynałam od leżenia na macie, oddychania i unoszenia nogi bez ruszania przy tym miednicą, kręgosłupem i głową, a po pół roku robiłam ćwiczenia, które u Brooke Siler w The Pilates Body opisane były jako średniozaawansowane. Ale bez nauczenia się, jak utrzymywać prawidłowy zakres ruchu w stawie barkowym podczas zgięcia i wyprostu ramienia i jak nie uruchamiać odcinka lędźwiowego zanim wyprostuje się odcinek szyjny i piersiowy, czyli bez Ribcage Closure i Diamond Press nie zrobiłabym poprawnie ani Double Leg Stretch, ani Swan Dive. Oczywiście, nie miałam zielonego pojęcia, że właśnie o to chodziło, po prostu czułam różnicę między ruchem, w którym łopatki latały mi jak głupie po plecach, a żebra wypychały się do przodu jakby ksenomorf wybijał się właśnie na niepodległość a takim, po którym kręgosłup nie wołał pomocy, za to mięśnie pracowały jak u górnika na przodku, ale następnego dnia nie było „zakwasów” i po raz pierwszy od dwunastu lat nie bolały mnie plecy.

O istnieniu podziału na pilates „klasyczny” i „nowoczesny” dowiedziałam się jakieś cztery lata temu z facebookowej grupy zwanej pilates-contrology-forum. I zwątpiłam: w siebie, życie, wszechświat, prawa grawitacji i ludzi. Przede wszystkim ludzi.

Pilates „klasyczny” oznaczać miał uczenie ćwiczeń tak, jak Joseph Pilates przedstawiał je w swojej książce, bez żadnych modyfikacji. To człowiek miał dostosować się do ćwiczeń, nie ćwiczenia do człowieka. Poprzez wielokrotne powtarzanie ćwiczenia człowiek miał się w końcu nauczyć wykonywać je poprawnie i idealnie. Oprócz tego ci, którzy umieli uczyć tylko na macie nic nie umieli. Klasyczny, prawdziwy, jedyny na świecie, właściwy, poprawny pilates mógł być uczony tylko przez ludzi, którzy znali cały system: wszystkie ćwiczenia na wszystkich sprzętach, koniecznie wyprodukowanych przez Gratza. Tylko wtedy rozumiało się Geniusz przenikający Dzieło. I tylko Romana Kryzanowska była namaszczona do tego, by Geniusz przenikający Dzieło przekazywać dalej, cała reszta uczniów Josepha Pilatesa nic nie wiedziała o życiu.

Otóż, nie.

Czy Pilates modyfikował swoje ćwiczenia? Oczywiście, że je modyfikował. Cały program na sprzęcie jest jedną wielką modyfikacją ćwiczeń z maty, bo sprzęt nie powstał dlatego, że Pilates chciał, żeby ludzie wykonywali na nim skomplikowane ćwiczenia akrobatyczne, tylko dlatego, że potrzebował narzędzi, które pomogłyby mu rozruszać ludziom zastane stawy oraz miał serdecznie dosyć ciągłego dotykania, podnoszenia i przesuwania ćwiczących. Czy zmieniał porządek? Oczywiście, że zmieniał, Roll Over, który nie wiadomo dlaczego w Return to Life Through Contrology jest na początku, w studio uczony był na samym końcu zajęć. Skąd wiem? Mary Bowen mi powiedziała.

Joseph Pilates był genialnym biomechanikiem, który znał się na ludzkim ruchu jak mało kto. Potrafił też – i za to odkrycie powinien dostać kinezjologicznego Nobla, gdyby taki istniał – zauważyć, że sprężyny dają elastyczne wsparcie i opór, umożliwiające lepszą kontrolę nad świadomością ruchu w stawie. O ile, rzecz jasna, najpierw człowiek znajdzie się we właściwej pozycji. Ale nie miał monopolu na jedyną właściwą prawdę objawioną dotyczącą ruchu, bo wiedział, że jedyna właściwa prawda objawiona o ruchu brzmi: To wszystko zależy od tego, kogo masz przed sobą. Słynne są anegdoty o tym, że dwie uczennice Pilatesa z wydawałoby się tym samym problemem – kontuzją kolana – ćwiczyły zupełnie inne rzeczy na zupełnie różnych sprzętach. Dlaczego? Otóż, dlatego, że ich ciała potrzebowały zupełnie innego systemu ruchu, aby doprowadzić je do pełnej sprawności. Oraz dlatego, że „kontuzja kolana” może oznaczać naprawdę setki różnych rzeczy, od mechanicznych urazów rzepki po problemy mające swoje korzenie w niewłaściwym zakresie ruchu w biodrach. To zależy.

System jest w ciele, nie poza nim. Nie w maszynach, nie w porządku ćwiczeń, tylko w stawach, mięśniach i powięzi. Rodzimy się z nim. Zadaniem nauczycieli pilatesu jest przywrócić naturalny zakres ruchu w stawach. I wiedzieć, że dla każdego człowieka ten zakres będzie inny, i są tacy, którzy zrobią pełen wyprost kręgosłupa i wyprost bioder, utrzymają go i zrobią Swan Dive’a, a są tacy, którzy tego nie zrobią, i tyle. Nie każdy musi zrobić Teasera. Albo inaczej: po co robić Teasera, jeśli robi się go niepoprawnie?

Po co robić wszystkie trzydzieści cztery ćwiczenia z książki, skoro poprawnie można zrobić jedynie siedem? Po co trzymać wyprostowane nogi w górze pod kątem czterdziestu pięciu stopni, kiedy ma się tak słabe stabilizatory kręgosłupa i miednicy, że wisi się na przeprostowanym odcinku lędźwiowym? Powiedzcie mi: jak jest sens powtarzania w nieskończoność niepoprawnych ruchów? Bo mnie zawsze uczyli, że esencją pilatesu jest to, aby przestać powtarzać niewłaściwy ruch, i skupić się na właściwym. Nawet, jeśli oznacza on „tylko” leżenie na plecach i podnoszenie z podłogi nogi zgiętej w kolanie. Są ludzie, dla których to jest wyzwanie większe, niż Teaser dla mnie.

I żeby było jasne: budowanie podziałów na tym, kto uczy według jakiego porządku ćwiczeń i na jakim sprzęcie jest – wybaczcie dosadność – z dupy. W nosie mam, czy ktoś uczy na Elinie, Peaku, Balanced Body czy zespawanym w garażu no-name’ie (wszystkie sprzęty Mary Bowen są zrobione przez jej męża), za to żywotnie interesuje mnie, czy zna ludzki ruch na tyle, żeby system działał. W tym świecie podziałów jestem turystką.

Podziel się dobrem