Opowieści pilatesowe

Największy błąd nauczycieli pilatesu

Ten błąd jest częsty, nagminny i nazywa się: zapominanie o regularnej praktyce własnej pod okiem bardziej doświadczonego nauczyciela.

A teraz opowiem wam anegdotkę.

Przez wiele lat ludzie, których spotykałam i którzy zaczynali rozmawiać ze mną po angielsku w pewnym momencie mówili:
– Długo mieszkałaś w Anglii?
Ja się wtedy uśmiechałam i mówiłam:
– W sumie sześć tygodni. Ale kiedy miałam dziesięć lat, moi rodzice posłali mnie na prywatne lekcje dwa razy w tygodniu i chodziłam na nie regularnie przez osiem lat.
Oprócz angielskiego władam hiszpańskim i francuskim. Hiszpańskiego uczyłam się w liceum, w trybie rozszerzonym: sześć godzin tygodniowo przez cztery lata. Francuskiego postanowiłam się nauczyć tuż przed maturą i trzy lata chodziłam na lekcje indywidualne dwa razy w tygodniu. Dogadywałam się po roku, po trzech latach w Hiszpanii brali mnie za Francuzkę. A, pracę jako tłumaczka z angielskiego w kancelarii adwokackiej zaczęłam miesiąc przed swoimi osiemnastymi urodzinami, czyli w sierpniu tego roku stuknie mi ćwierć wieku w zawodzie.

Kiedy zaczynałam ćwiczyć pilates, brałam lekcje indywidualne dwa razy w tygodniu, bo przyzwyczaiłam się, że tylko w ten sposób można się czegoś nauczyć. Chodzisz na lekcje, zaczynasz od odmiany czasownika „być”, a potem ani się obejrzysz, jak czytasz Victora Hugo w oryginale (żartuję. No dobrze, nie do końca, ale tylko wiersze). Dwa razy w tygodniu po godzinie. Ustawiasz sobie plan zajęć dookoła czasu twojego nauczyciela i grzecznie poddajesz się procesowi edukacji.

I to jest wielka tajemnica mojego pilatesowego sukcesu. W sumie dziesięć lat, do wyprowadzki z Poznania, regularnie chodziłam na lekcje prywatne jako klientka. Kiedy zrobiłam kurs nadal chodziłam na lekcje indywidualne jako klientka, ba, wtedy potrzebowałam ich jeszcze bardziej: po pierwsze, ktoś sprawdzał, czy jestem w dobrym ustawieniu i czy nie wkradają się niewłaściwe wzorce ruchowe, po drugie, uczyłam się rozwiązywania problemów moich klientów, po trzecie, cały czas się rozwijałam. Najgorsze, co mnie spotkało po wyprowadzce z Poznania do Warszawy to utrata mojej nauczycielki. Przez rok kursowałam między miastami i próbowałam wsadzić w te kursy regularne lekcje, ale jednak trzysta kilometrów to trochę dużo.

W tej chwili mam klientów, których widuję częściej i bardziej regularnie niż niektóre z wykształconych przeze mnie nauczycielek. Jeszcze jakiś czas temu straszliwie panikowałam, przekonana, że to moja wina, bo nie jestem dobrym tutorem, nie umiem uczyć, jestem fatalna i nikt mnie nie lubi, nikt za mną nie staje w kolejce, a koty noszą moją bieliznę, dopóki inni tutorzy nie uspokoili mnie, że to normalne i zdarza się częściej, niż by się mogło wydawać. I w większości przypadków ten największy błąd nie ma nic wspólnego z osobą, a całkiem sporo z pewnym stanem umysłu nowego nauczyciela, a mianowicie z zaaferowaniem klientami i pracą tak bardzo, że zapomina się o sobie albo, że jest się przekonanym, że te ćwiczenia wykonywane razem z klientami zupełnie wystarczą.

Smutna prawda bowiem brzmi: ćwiczenia wykonywane razem z klientami zupełnie nie wystarczą. Nic nie zastąpi pełnej, godzinnej lekcji pod okiem innego nauczyciela, kiedy to ty możesz się położyć na macie albo sprzęcie i skupiasz się przez godzinę nie na tym, jak pani Kasia z maty pod ścianą podnosi nogę, tylko na tym, jak ty podnosisz nogę i co się wtedy dzieje w twoim ciele. Poza tym tylko dzięki takim lekcjom można robić postępy. Najważniejszą rzeczą w planie tygodnia, miesiąca i roku każdego nauczyciela powinna być praktyka własna, wpisywana do kalendarza ZANIM znajdą się tam terminy zajęć klientów. Tego nauczyła mnie Lesley Logan i odkąd zaczęłam tę zasadę stosować, moje życie jest zdecydowanie lepsze.

Przez jakiś czas byłam też przekonana, że wystarczy mi, jeśli będę co jakiś czas latać do Londynu i umawiać się na solówki. Skończyło się tym, że mój nauczyciel powiedział, że mnie nie chce uczyć i po tym, jak mu pół roku strzelałam focha w końcu nie wytrzymał i wypalił:
– Joanna, wcale nie powiedziałem, że cię nie chcę uczyć, tylko że uczenie cię raz na trzy miesiące nie ma sensu. Ja tak nie pracuję, ja się spotykam z moimi klientami minimum raz w tygodniu i wtedy mogę widzieć, czy robią postępy. Nauczyciele przychodzą raz przed egzaminem i oczekują, że ich wszystkiego nauczę, no przecież sama doskonale wiesz, że tak się nie da pracować!

Jeśli chodzisz na lekcje w kratkę raz na trzy miesiące to niestety – nawet, jeśli nauczyciel bardzo chce niespecjalnie może utrzymać jakąkolwiek ciągłość twojej praktyki. Jeszcze gorzej, jeśli zamiast zaufać nauczycielowi ty chcesz robić ćwiczenia, z którymi problemy mają twoi klienci albo te, które mają się pojawić na nadchodzącym egzaminie – zdecyduj się, albo to ma być praktyka własna, albo konsultacje. Konsultacje mogą nauczyciela zirytować i sfrustrować, bo na przykład nie ma na nie ochoty albo wycenia je zdecydowanie wyżej, niż normalne lekcje. Tutaj zdradzę ci sekret: regularna praktyka rozwiązuje 90% problemów, z jakimi się zetkniesz na własnych lekcjach albo podczas egzaminów. Pozostałe 10% to wypadki losowe i nie da się do nich przygotować.

Na koniec jeszcze jedna rzecz, bardzo ważna – największym błędem, jaki ja popełniłam w swoim pilatesowym życiu było traktowanie innych nauczycieli, których uczyłam, ulgowo. Brałam od nich mniej pieniędzy niż od zwykłych klientów (nie mam pojęcia, dlaczego, bo powinno być odwrotnie), zgadzałam się na lekcje w terminach, które mi zupełnie nie pasowały, bo rozbijały mój dzień i próbowałam organizować zajęcia nauczycielskie tak, żeby na nie na pewno chodzili. Kończyło się to zawsze katastrofami: po pierwsze, miałam mniej pieniędzy, niż powinnam mieć, po drugie miałam rozpieprzony rytm dobowy a po trzecie na zajęcia nauczycielskie nikt nie przychodził. W końcu w dniu, w którym zabukowałam sobie jak na razie najdroższą solówkę w życiu stanęłam przed lustrem, spojrzałam w nie i powiedziałam:
– Laska, ogarnij się, komu powinno zależeć na ich rozwoju zawodowym, tobie czy im? I co, nerkę też im oddasz? I może drugą do kompletu? I płucka dorzucisz? Ceń się, dziewczyno.

PS. Dopuszczam do siebie możliwość, że inni nauczyciele nie chcą do mnie chodzić na zajęcia, bo mnie nie znoszą, bo mam trudny charakter, ale wtedy chodziliby na zajęcia do kogoś innego z lepszym charakterem, a tego zjawiska nie zauważyłam.

 

Podziel się dobrem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *