Przeżyłaś wszystkie dni kursu. Zrobiłaś tyle praktyk nauczycielskich, ile potrzebowałaś, żeby zdać egzamin. Zdałaś egzaminy praktyczne i teoretyczne. Gratulacje!

…I co teraz?

Po pierwsze: ciągle chodź na lekcje.
Praktyka własna to nie jest tylko czas na macie każdego dnia, ale przede wszystkim lekcje pod okiem innego nauczyciela. Głównym zadaniem nauczyciela jest dostrzegać te wszystkie odchylenia, przekręcenia i nieoptymalne ustawienia, które mogą wpłynąć na ruch, a także przekazywać ci ciągle nową wiedzę. Żeby się rozwijać, musisz się uczyć. Nie „możesz” ani „powinnaś” – musisz. Jeśli twój ukochany nauczyciel znajduje się na drugim kontynencie, zaaranżuj sesje przez Skype’a. Żyjemy w XXI wieku, korzystajmy z dobrodziejstw technologii.

Po drugie: daj sobie czas, aby wdrożyć się w uczenie innych.
Na samym początku każdy panikuje. Zetknięcie się z prawdziwymi, żywymi ludźmi, którzy nie mają pojęcia, gdzie jest ich miednica a niekiedy, że ją w ogóle mają potrafi być frustrujące i wywoływać lęk: Czy ja na pewno umiem to robić? Czy ja to ogarniam? Nie przejmuj się – to są zupełnie normalne reakcje. Rób to, czego cię nauczyli na kursie, upewniaj się, że ludzie reagują na wskazówki i w sytuacjach zupełnej rozpaczy przypomnij sobie cztery etapy przyswajania wiedzy. Miej zawsze przygotowany plan zajęć i się go trzymaj; nie zmieniaj planu z lekcji na lekcję, tylko dodawaj i rozszerzaj do już istniejącego. Z uczeniem jest jak z jazdą na rowerze: wymaga praktyki.

Po trzecie: nie przesadzaj z dodatkowymi kursami.
Jednym z najczęściej popełnianych błędów świeżo upieczonych nauczycieli jest przekonanie, że im więcej różnych kursów, tym lepiej. Prawda jest zupełnie inna. Im więcej różnych kursów, tym więcej różnych, niekiedy sprzecznych informacji, to raz, a dwa, po każdych kursach pojawia się nieokiełznana chęć wprowadzania wiedzy w życie na lekcjach, a klienci mogą nie być na nią gotowi.
W ciągu pierwszego pół roku czy roku nauczania powinnaś skupić się na uczeniu i obserwowaniu, czego ci potrzeba i brakuje, aby twoi klienci lepiej rozumieli ruch i lepiej wykonywali ćwiczenia. I tutaj zdradzę ci pewien sekret: nie potrzeba ci ani nie brakuje kursów o biomechanice, anatomii, staniu na głowie i rehabilitacji, a kursów uczących, jak praktycznie pracować z przyborami ułatwiającymi ruch: małymi piłkami, elastycznymi taśmami czy wałkiem. Oraz chodzenia na regularne lekcje do twojego nauczyciela. Im częściej ćwiczysz i doświadczasz ruchu we własnym ciele, tym lepiej będziesz go rozumieć.

Po czwarte: czytaj.
Jeśli nie znasz angielskiego w stopniu umożliwiającym czytanie, daj sobie rok na nauczenie się go w stopniu umożliwiającym czytanie. Nie musisz płynnie mówić, znajdź kurs, na którym nauczą cię czytać i rozumieć. Potem zacznij czytać książki o pilatesie, biomechanice i rzeczach, które cię interesują. Książki mają też tę zaletę, że do wiedzy w nich zawartej zawsze możesz wrócić.

Po piąte: oglądaj. 
Wykup sobie członkostwo w Pilates Anytime, Pilatesology albo Yoopod i oglądaj ludzi, którzy się ruszają. Pilates to przyzwyczajanie oczu do widzenia wzorców w ruchu.

Po szóste: żyj na dobrej stopie z innymi nauczycielami w twojej okolicy.
Nie ma nic bardziej durnego, niż zrażanie do siebie ludzi, którzy kiedyś będą mogli ci pomóc. Nigdy nie wiesz, kiedy będziesz potrzebować zastępstwa, bo ciebie albo kogoś z twojej rodziny rozłoży grypa albo dopadnie wypadek losowy. Nawet jeśli wiesz, że ktoś plotkuje na twój temat bądź Szwajcarią – jeśli rąbie ci dupę, bo ma wredny charakter i rąbie dupę wszystkim, nie chcesz się dać sprowadzić do takiego poziomu, a jeśli opowiada androny bo cię nie zna i nie wie, czego się spodziewać, to się z nim umów na kawę. W najgorszym wypadku okaże się, że się po prostu nie lubicie i sprawa będzie czysta.

Po siódme, najważniejsze: zastanów się, jak chcesz pracować i co lubisz robić.
To jest temat tak ważny i tak rozległy, że będę mu poświęcać dużo miejsca i dużo wpisów. Pamiętaj o jednym: nie zmuszaj się do robienia czegoś tylko dlatego, że robią tak inni. Jeśli lubisz pracować wczesnymi porankami na podłodze we własnym salonie – super. Jeśli lubisz zajęcia w firmach i nie masz nic przeciw przemieszczaniu się po Mordorze albo innym zagłębiu biurowym – też super. Jeśli uwielbiasz duże grupy wieczorami – doskonale. Jeśli wolisz pracę jeden na jeden – idealnie. Jeśli chcesz mieć własne przydomowe studio – dajesz. Zastanów się też, jak pracować tak, żeby mieć czas dla siebie i nie skończyć bez wolnych wieczorów na dziesięć lat (to ja i to temat na osobne historie).

Po ósme, dodatkowe: miej realistyczne zdanie na temat swoich umiejętności.
Prawie o tym zapomniałam. Co jakiś czas zdarzają się tu i ówdzie na całym świecie ludzie, którzy pół roku po skończeniu szkolenia nauczycielskiego zaczynają otwierać własne szkoły i szkolić innych. Oznacza to tylko i wyłącznie, że nie ogarniają ani systemu, ani procesu nauczania, bo gdyby ogarniali, to by wiedzieli, gdzie są i ile umieją. Jeśli tobie chodzi coś takiego po głowie, to pozwól, że sprowadzę cię na ziemię: głupi pomysł.

Przed tobą nowa, świetlana przyszłość zawodowa. Powodzenia!
(chichot z offu).

Podziel się dobrem