Zacznijmy od tego, że to nie jest wpis sponsorowany „Jaką szkołę wybrać i dlaczego moją”. Jest to raczej wpis z gatunku „Rzeczy, które chciałbyś usłyszeć zanim władujesz się na minę przeciwpiechotną”.

Wpadłaś na pomysł, żeby zostać nauczycielką pilatesu. Fantastycznie. Jeśli jesteś króliczkiem z siłowni, który chce mieć dodatkowy dyplom a pilates to taki łatwiutki aerobik – oznacza to, że nigdy w życiu nie ćwiczyłaś pilatesu. Nie przejmuj się, zdarza się częściej, niż myślisz i nie tylko w Polsce: kluby fitness na całym świecie sprzedają produkt pilatesopodobny, prowadzony przez ludzi, którzy nigdy porządnie nie ćwiczyli i nie mają pojęcia, co robią.


Pilates to nie jest łatwiutki aerobik, nie jest to też rzeźnia i napierdalanka, tylko trudny system pracy z ciałem. I zanim się pójdzie na jakikolwiek kurs nauczycielski, należy spędzić tak od roku do pięciu lat na regularnych lekcjach. Najlepiej dwa razy w tygodniu. Najlepiej na solówkach albo w małych grupach. I najlepiej u nauczyciela, który skończył dobrą szkołę.

Z definicją „dobrej szkoły” jest dość prosto i niestety, okrutnie: tutaj rzeczywiście amerykańskie jest najlepsze i nie ma co się łudzić, że polskie szkoły będą lepsze. Powód jest prosty: Joseph Pilates żył i pracował w Stanach, tam mieszkają nadal jego uczniowie, którzy prowadzą własne szkoły i tam jest najwięcej fachowców znających się na tym rzemiośle. Moja brytyjska szkoła też daje radę, ale to dlatego, że cały czas ściąga fachowców ze Stanów. Sorry, Winnetou. Innymi słowy: nauczyciel, który skończył zachodnią szkołę na wejściu dostał materiały szkoleniowe, które są po prostu bardzo, bardzo dobre, bo pisane przez zespół fachowców, którzy między sobą mają tak z dwieście lat doświadczenia. Nie przeskoczymy tego. I tu nie ma co drzeć szat, tylko należy się cieszyć, że nie trzeba latać do Stanów, tylko na miejscu są ogarnięci szkoleniowcy.
Oczywiście, że wiele zależy od tego, czy nauczyciel przyswoił przekazywaną mu wiedzę, ale nie rozmawiamy o przypadkach, w których kogoś się wiedza nie trzyma i może skończyć tysiąc szkół a i tak nie ogarnie tematu (ale może świetnie grać na skrzypcach; nie każdy ma predyspozycje do uczenia ruchu), tylko o przypadkach, kiedy ktoś postanowił dobrze wykonywać swój zawód i w tym celu wydał kupę szmalu na najlepsze dostępne mu szkolenie.

Zważ, że piszę: wydał kupę szmalu na najlepsze dostępne szkolenie, a nie, że ma dyplom. To, że wręczysz komuś kupę szmalu nie oznacza, że on ma obowiązek wydania ci dyplomu jak odsiedzisz dupogodziny. Płacisz za dostęp do wiedzy i umiejętności ludzi, którzy będą cię uczyć. I jeśli ustalimy to na samym początku, to będzie ci o wiele łatwiej wybrać szkolenie, z którego będziesz zadowolona. O ile, oczywiście, chcesz się rzeczywiście nauczyć jak uczyć; jeśli chcesz mieć dyplom, to go sobie złóż Comic Sansem, wydrukuj we wszystkich kolorach tęczy, obsyp brokatem i rób, co chcesz.
A co, nie ostrzegłam na wstępie, że jestem wredną suką, która nie owija w bawełnę?

No. To jak już spędziłaś od roku do pięciu lat ucząc się o sobie, swoim ciele i ruchu to zastanów się, dlaczego chcesz uczyć. Ten wstydliwy wariant z dyplomem już przerobiłyśmy; jeśli nadal czytasz to znaczy, że nie dla niego. Czy dlatego, że tobie te ćwiczenia robią dobrze, jest ci fajnie, jak ćwiczysz i to takie przyjemne? To tutaj może nastąpić pierwsze zderzenie z rzeczywistością: jako nauczyciel podczas lekcji nie będziesz ćwiczyć i to nie tobie ma być na lekcji fajnie, tylko twoim uczniom. Będziesz uczyć innych. Jeżeli wiesz, że uczenie innych a robienie samemu to dwie różne bajki i chcesz dzielić się z innymi tym, że znasz sposób na to, żeby czuć się lepiej i być sprawniejszą, albo chcesz się dzielić czymś, co ci w jakiś sposób zmieniło życie – ekstra. To może zadziałać.
Kolejne pytanie: czy pamiętasz, jak na początku było trudno? Na kursie będzie trudniej.

I teraz zadaj sobie pytanie i odpowiedz na nie uczciwie, ponieważ od tej odpowiedzi zależy reszta: czy wierzysz, że można przygotować nauczyciela języka obcego w dwa dni? Albo, że po dwunastu dniach, nawet wypełnionych nauką od rana do wieczora już się wszystko umie i można bez problemu iść uczyć innych?
Jeśli przy którymś z tych pytań wzruszyłaś ramionami z tekstem „Bosz, przecież to tylko pilates”, to niestety muszę cię zmartwić: zostanie dobrym nauczycielem pilatesu, czyli takim, który nie zrobi swoim klientom krzywdy bo wie, co mają robić zajmuje od dziewięciu miesięcy do dwóch lat. Uczenie pilatesu nie jest bowiem tylko wykuciem na blachę komend i podawaniem ich w tempie karabinu maszynowego; jest umiejętnością zauważania błędów podczas ćwiczeń, reagowania na nie i właściwej korekcji.
Bo w pilatesie jest tak, że coś się rusza, a coś się nie rusza i trzeba wiedzieć, co, gdzie, kiedy i w jakiej kolejności. Pilates polega na dostrzeganiu, rozpoznawaniu i zapamiętywaniu wzorców oraz umiejętności ich powtórzenia, we własnym ciele i w ciałach innych. Lubisz składać puzzle z tysiąca kawałków, rozwiązywać setki ćwiczeń gramatycznych albo robić na drutach? Umiesz rysować? Masz oko do proporcji?
Możesz być dobrym materiałem na nauczyciela. O ile dysonans poznawczy podczas kursu nie zakłóci ci procesu przyswajania wiedzy.

Nie, ja się nie staram aktywnie cię zniechęcić do zostania nauczycielem: ja ci właśnie przekazuję, że nauczyciel pilatesu to bardzo wymagający zawód i nie daj sobie wmówić, że można go nauczyć w osiem godzin.
To, że ludzie, którzy kończą kurs nauczycielski w dobrej szkole od razu zakładają własne instytucje szkoleniowe i prowadzą własne kursy zdumiewa mnie od zawsze; to trochę tak, jakby ktoś, kto zdał na sześć maturę z polskiego twierdził, że jest profesorem polonistyki. To, że ludzie nie stali nawet w drzwiach dobrej szkoły i uczą pilatesu przypomina sytuację, w której Forrest Gump udaje Stephena Hawkinga. No cóż, pilates jest nazwą generyczną na dobre i na złe i oznacza to, że pewne rzeczy się dzieją; ale to, że ktoś w Bangladeszu nadrukuje na plastikowej torebce logo Hermes nie zrobi z tej torebki ręcznie szytej, skórzanej Birkin Bag.

Ale miałam pisać o dysonansie poznawczym i przyswajaniu wiedzy podczas kursu; i temu będzie w całości poświęcona część druga. W części drugiej znajdą się mrożące krew w żyłach opowieści z drugiej strony barykady, czyli smakowite ploty o tym, co sprawia, że szkoleniowiec uderza z rozpaczy głową o podłogę.
Własną głową, własną. A co myśleliście?

Podziel się dobrem