pracownia somatyczna Jo Ganszyniec
Notatki z mojej maty, archiwum: sierpień 2020, wpis drugi
Notatki z mojej maty, archiwum: sierpień 2020, wpis drugi

Notatki z mojej maty, archiwum: sierpień 2020, wpis drugi

Możliwe, że jest to gorliwość neofity, ale za każdym razem, kiedy rozwijam matę z alpaką Izabelą i robię na niej jogę dla lamerów, czyli zupełnie proste rzeczy z Poczuj się lepiej, w mojej głowie zaczynają się pojawiać jakieś piętrowe notatki filozoficzne na temat ruchu, uczenia ruchu, robienia ruchu, fitnessu, jogi, pilatesu i innych stożków. Pomyślałam więc, że je sobie zgarnę tutaj jako konkretną zakładkę i będzie super. Albo nie, jeśli okaże się, że piszę trzydzieści na tydzień (jakby to kogokolwiek obchodziło, doprawdyż).

Dzisiaj po raz pierwszy udało mi się obudzić na tyle wcześnie, by pokonać ten bardzo długi i trudny odcinek między sypialnią a matą do jogi, liczący jakieś dziesięć metrów (mam duże i długie mieszkanie na strychu) i spóźnić się na lajwa tylko dziesięć minut. Jestem z siebie dumna. Ja wiem, że ósma rano to dla większości ludzi jest zupełnie normalna godzina, ale dla mnie, odkąd pamiętam – zupełnie nie. W każdym razie – skorzystałam z lifehacka “Trzymaj ciuchy do jogi w łazience, przebieraj się od razu i idź na matę, a prysznic i mycie zębów potem” i okazało się, że poranna praktyka jogi, czyli ruszanie całym ciałem we wszystkich kierunkach jest naprawdę doskonałym startem w dzień.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tego nie robiłam. Chociaż nie, rozumiem – gimnastyka poranna kojarzyła mi się z czymś, co robią starzy ludzie, żeby się rozruszać, bo bolą ich stawy. No i zgadnijcie co – jestem starym człowiekiem, którego bolą stawy i ruch naprawdę działa zbawiennie.

Wczoraj, na dokładnie tej samej macie ćwiczyłam pilates. Kurtuazyjnie poszłam na wirtualną lekcję, którą zorganizowała moja przyjaciółka, a którą prowadziła moja była nauczycielka. Szału oczywiście nie było, i zupełnie się go też nie spodziewałam – nie ćwiczyłam pilatesu w jego “klasycznej” formie od prawie roku, po drodze była operacja i chemia, ale nie spodziewałam się, że po czterech tygodniach na macie z przyjemnym, nieproblematycznym, robionym bez spiny joga flow na pilatesie będę się tak śmiertelnie nudziła.

A nudziłam się przeokropnie. Kiwanie się w przód i tył, podnoszenie nóg i robienie setek wariacji na temat brzuszków – bo de facto tym jest “klasyczny” pilates – z dorzuconą dwa razy rotacją i dwa razy wyprostem kręgosłupa oraz kompletnym ignorowaniem potrzeb moich bioder okazało się, w porównaniu z interesującymi, nowymi eksploracjami z jogi, interesujące jak jedzenie kartonu. Bez keczupu i majonezu. Podzieliłam się tą informacją z mężem, robiąc mu śniadanie.
– Ty wiesz – powiedziałam. – W sumie czuję się tak, jak ktoś, kto dwa lata jadł tylko gotowanego kurczaka z ryżem bez soli i nagle wszedł do wielkiego wegańskiego baru.

Ja wiem, że to kwestia stymulacji układu nerwowego – wychodzi mi, że mój ruchowo był przez ostatnie kilka lat zupełnie zwyczajnie głodzony. To raz. Dwa, różne przedziwne wydarzenia ostatnich lat uwarunkowały mnie negatywnie jak psa Pawłowa – słyszę “pilates” i usztywniam się wszędzie. Tutaj niedobrze, tam niedobrze, tu wciśnij, tam wciągnij, użyj mięśni, które nie powinny być w tym konkretnym ruchu używane tylko po to, żeby sobie ten ruch utrudnić.

Dziękuję, postoję. W pozycji Drzewa, na przykład, która okazała się tak niewiarygodnie trudna, jak wszystkie inne pozycje równoważne, i ta trudność jest takim fajnym doświadczeniem. Ale o tym w następnym odcinku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *