pracownia somatyczna Jo Ganszyniec
Notatki z mojej maty, archiwum: sierpień 2020, wpis pierwszy.
Notatki z mojej maty, archiwum: sierpień 2020, wpis pierwszy.

Notatki z mojej maty, archiwum: sierpień 2020, wpis pierwszy.

Na początku sierpnia zaczęłam ćwiczyć jogę.

Pewną odpowiedzialność za ten stan ponosi bez wątpienia Ucińska, która z początkiem sierpnia otworzyła na Fejsie nową grupę dla zupełnie początkujących, do której dołączyłam. Moje wcześniejsze doświadczenia z jogą były na tyle nieprzyjemne, że dwadzieścia lat zajęło mi przekonanie się, że jest to forma ruchu, którą można ewentualnie wypróbować. 

Co to znaczy nieprzyjemne?

 Po pierwsze, dwadzieścia lat temu trafiłam na zajęcia jogi Iyengara, gdzie wychodzono z założenia, że każdy człowiek może i powinien wykonywać asany w sumie chyba w pełnej formie. Czyli wchodzisz z ulicy i cyk, na dzień dobry Drzewo, gięcia do tyłu oraz stanie na głowie na drugich zajęciach. Co prawda jak przyszłam tam po pięciu latach tańca nowoczesnego, więc nie byłam ruchową lamą i parówą, ale tu dochodzimy do po drugie. 
Po drugie, pewnego razu prowadząca podczas relaksu kończącego zajęcia zaczęła ni z tego, ni z owego czytać jakieś teksty o dzieciństwie Buddy czy coś w tym stylu. Ja, laska z magisterium z antropologii kultury i ocenami bardzo dobrymi z antropologii religii, leżałam tam i klęłam w duchu na czym świat stoi. Leitmotivem przekleństw było “Cholera jasna, jednak sekta”.

Dla tych, którzy nie wiedzą: otóż, wiadomo na pewno, że człowiek po intensywnym wysiłku fizycznym, w stanie rozluźnienia, jest bardziej podatny na sugestie. Teraz chyba już mamy na to nawet skany aktywności mózgu, natomiast jest to wiedza od wieków wykorzystywana do wciągania ludzi do sekt. Człowiek zmęczony po prostu nie jest w stanie zaprotestować. A poza tym zawsze, ale to zawsze należy zapytać o zgodę, zanim się ludziom zacznie czytać jakiekolwiek teksty światopoglądowe.

Co tu dużo gadać, nie wróciłam już na jogę. Za to zaczęłam chodzić na pilates, gdzie nikt mi przy okazji usprawniania ciała nie próbował usprawniać duszy (trudno usprawniać coś, czego zdecydowanie nie mam). Pomysł ten działał przez jakieś piętnaście lat, a potem przestał działać i to jest inna bajka, a nawet całe stado innych bajek. W tak zwanym międzyczasie bardzo poważnie zachorowałam, przez pół roku wlewali we mnie leki, które zrobiły mi kipisz w nerwy obwodowe (na przykład nadal nie odzyskałam w pełni czucia w opuszkach palców i stopach) i generalnie – potrzebowałam się ruszać, ale potrzebowałam też ruchu na poziomie lamer, najlepiej ze wspierającym nauczycielem.

Enters Ucińska.

Istnienia Agaty świadoma byłam już wtedy, kiedy mieszkałam w Warszawie – mamy przynajmniej jedną wspólną znajomą, a poza tym prowadziła pierwszego sensownego bloga o jodze, na którego się natknęłam. “Sensownego” w znaczeniu opisywania jogi jako fajnej, interesującej praktyki somatycznej, a nie przymusu robienia z siebie precla i przeciążania stawów biodrowych nadmiernym rozciąganiem, natomiast bardziej na radarze pojawiła mi się podczas pandemii. Obejrzałam dwie albo trzy jej doskonałe transmisje na żywo – o bólu, neuronietypowości i wysokiem wrażliwości – i ustaliłam sama ze sobą, że laska nie jest nawiedzoną eteryczną joginką kochającą cały świat, tylko konkretną babą, która chyba ma jeszcze większe uczulenie na “duchowość” niż ja, więc dam jodze z tą konkretną nauczycielką szansę.

Żeby się odpowiednio zmotywować, kupiłam sobie matę i bolster. Był to doskonały pomysł, bo okazało się, że mata pachnąca naturalnym kauczukiem to dla mnie plus dziesięć do chęci ćwiczenia – zapach naturalnego kauczuku odbieram jako słodki i kojący. No a poza tym spójrzcie na alpakę Izabelę na tej macie. I zaczęłam.

Dlaczego tyle czasu zajęło mi odkrycie, że joga potrafi być naprawdę fajną praktyką ruchową, to ja sama nie wiem – najprawdopodobniej miałam głowę w miejscu, do którego głów wsadzać nie należy. Podejrzewam, że to pierwsze wrażenie było aż tak negatywne, że automatycznie kwalifikowałam wszystkich joginów jako nawiedzonych świrów. No dobra, dwa albo trzy przelotne kontakty z nauczycielkami jogi, które były ździebełko pierdalnięte też nie pomogły. Jednak ludzki mózg ma taką cudowną właściwość, która nazywa się neuroplastyczność, opisywaną przez dwa przysłowia: “Człowiek uczy się całe życie” i “Tylko krowa nie zmienia poglądów” (“Jak mawiają kameleony”, zwykł komentować z przekąsem mój ojciec). Ba, zaczęłam też ze swoją matą jeździć po kraju – w zeszłym tygodniu byłam dwa dni w Warszawie i zabrałam ze sobą Izabelę oraz odkryłam najlepsze klocki do jogi, te z pierwszego zdjęcia.

Poza tym okazało się, że w jodze są te wszystkie elementy, których z jakiegoś powodu brakuje w pilatesie, mianowicie dużo rotacji i swobodne, pełne zakresy ruchu w biodrach oraz, co odkryłam dzisiaj rano, MOŻNA RUSZAĆ NOGAMI. A ściślej – prowadzić ruch z nóg, a nie z kawałka człowieka, który się do prowadzenia ruchu średnio nadaje, czyli z dołu brzucha. (Mam parę pytań o zasadność metodologii w tym konkretnym systemie ruchu. Dorzucę je do tego stosu pytań, który się pojawił przez ostatnie kilka lat i urósł do rozmiarów małej wieży Babel.)

Mam bardzo dużo przemyśleń po tym miesiącu regularnego ruszania się bez presji i ambicji innej, niż taka, żeby się ruszać. Jednym z nich jest to, że bardzo dobrze jest czasami zacząć coś od zupełnego początku, ponieważ bycie początkującym natychmiast zdejmuje z człowieka wszelkie fałszywe przekonania na własny temat. Wszystkie “muszę”, “powinnam” i “jestem” można wyrzucić przez okno i rozkoszować się tym, że jestem radosną lamą, która ma sztywne biodra, potrzebuje paska i wysokich kostek, za cholerę nie zrobi półpompki ponieważ przez ostatnie dziesięć miesięcy rzadko kiedy podnosiła ręce nad głowę, o dźwiganiu nie wspominając. I nikomu nic do tego – to moje ciało, moja sprawność i moje doświadczenia, jak będę chciała to się nimi podzielę, jak w tym wpisie, a jak nie będę, to nie.

A do tego – i to już obserwacja fachowca – Agata jest bardzo dobrą nauczycielką. Ja wiem, bo widziałam w internetsach, co ona potrafi i dlaczego szpagat oraz przedziwne akrobacje na kółku. Ale podczas lekcji dla początkujących ani przez moment nie szpanowała tym, że ona ma zakresy, siłę i inne takie. To jest sztuka: pracować z taką wrażliwością na umiejętności i potrzeby klientów oraz wiedzieć, że człowiek zawsze będzie chciał zrobić mocniej/lepiej, więc mu się tego zwyczajnie nie pokazuje, bo się uszkodzi, a nie zrobi.

Tak, joga bez spiny jest naprawdę fajna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *