pracownia somatyczna Jo Ganszyniec
Notatki z mojej maty, archiwum: wrzesień 2020
Notatki z mojej maty, archiwum: wrzesień 2020

Notatki z mojej maty, archiwum: wrzesień 2020

Joga z Agatą jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłam dla swojego układu nerwowego w ostatniej dekadzie.

Przede wszystkim: mój szanowny układ nerwowy, a zwłaszcza mój biedny nerw błędny były naprawdę mocno nadwyrężane w ciągu ostatnich lat. Najpierw przeprowadziłam się ni z tego, ni z owego do Warszawy, kompletnie rujnując swoje poczucie bezpieczeństwa (ale przecież się zakochałam, hej, nie może być aż tak źle, a syndrom akulturacyjny wcale mnie nie dopadnie, bo wiem, że istnieje!… aha), potem zaczęłam prowadzić własną firmę, w której robiłam wszystko, również rzeczy, na których się nie znałam, a na końcu wpadłam na genialny pomysł, żeby sprowadzić do Polski brytyjską szkołę pilatesu, z którą byłam związana.

Ten ostatni pomysł zaowocował: toksycznym stresem, mobbingiem, cyberstalkingiem, załamaniem nerwowym, długotrwałą terapią, na której wyszło, że oprócz wypalenia zawodowego i depresji mam przewlekły zespół stresu pourazowego, czyli cPTSD, a na koniec nowotworem, operacją i chemioterapią. Przy czym w sumie diagnoza, operacja i chemia były wydarzeniami o wiele mniej stresującymi, niż poprzedzające je pięć lat.

Naprawdę. Ale to temat na inną bajkę, a nie na dzisiejsze zapiski z maty. Tak naprawdę na wiele innych bajek.

Dzisiaj, robiąc sobie praktykę, którą Agata nagrywała w pięknych tatrzańskich okolicznościach przyrody myślałam… no dobrze. Podczas praktyki nie myślałam, bo podczas praktyki się nie myśli, tylko skupia na tym, co się dzieje w ciele i jak układ nerwowy reaguje na ruchy. Ale tak naprawdę myślałam sobie, że po pierwsze, dzięki temu, że się te sześć tygodni temu ruszyłam na moją piękną nową matę z alpaką Izabelą odzyskałam zaufanie do siebie w ruchu, a po drugie, ważniejsze, odzyskałam zaufanie do nauczycieli ruchu.

Otóż, zaufanie do nauczyciela i dobra relacja uczeń/klient – nauczyciel robi robotę. Według badań tak z sześćdziesięciu do siedemdziesięciu procent tej roboty. Dla porównania, metoda, według której się pracuje to jakieś piętnaście procent sukcesu – oczywiście najlepiej jest, kiedy nauczyciel jest dobrze przygotowany do pracy porządną, sprawdzoną metodą oraz potrafi nawiązać relację. A relację nawiązuje się zawsze tylko w jeden sposób: wtedy, kiedy klient znajduje się w strefie pobudzenia nerwu błędnego umożliwiającej pojawienie się ciekawości i chęci eksploracji. Zwłaszcza, jeśli eksploruje się nowe, interesujące, niełatwe koncepty ruchowe.

I to się albo umie, albo się tego nie umie. Agata umie.

Te sześć tygodni, kiedy sobie regularnie przynajmniej dwa razy w tygodniu rozwijałam matę i robiłam rzeczy w tempie, które było idealnie dopasowane do mojego poziomu pobudzenia – ani za szybko, ani za wolno – zaczęło przynosić efekty, które już znałam. Wyregulowanie nerwu błędnego dzięki rozumnemu ruchowi (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to o nerw błędny chodziło) było tym, co mnie dwadzieścia lat temu tak zachwyciło w pilatesie, i co zadziałało lepiej, niż psychoterapia podczas mojego kursu nauczycielskiego (dysklejmer: ŻADEN RUCH NIE ZASTĄPI PSYCHOTERAPII, W MOMENCIE KIEDY JEST BARDZO ŹLE PSYCHOTERAPEUTA RATUJE ŻYCIE). I jak zwykle – efekty efektów były zadziwiające.

Pierwsze efekty efektów, dwadzieścia lat temu, to było spektakularne pozbycie się toksycznego bojfrienda, z dnia na dzień. Drugie efekty efektów, piętnaście lat temu, to było nauczenie się, że emocje przychodzą i odchodzą i wcale nie muszę na nie reagować. Trzecie efekty efektów wydarzyły się jakieś czterdzieści osiem godzin temu. Mianowicie odzyskałam wreszcie trzeźwy ogląd swoich umiejętności i posiadanej wiedzy i zupełnie przestałam bać się tego, że moje byłe koleżanki po fachu znowu będą chciały mnie zjeść, jeśli z tą wiedzą i umiejętnościami wyjdę do ludzi. Niech jedzą, moje mięso jest nadal toksyczne.

Oraz podczas praktyki na macie zaczęłam odzyskiwać czucie głębokie, które poszło się walić jakiś czas temu i nawet tego nie zauważyłam. Możliwe, że mój układ nerwowy, zalewany co dwa tygodnie przez sześć miesięcy cytostatykami dostał jednak po całości bardziej, niż sądziłam, skupiwszy się tylko na tym, co czuję cały czas – czyli opuszkach palców i podeszwach stóp. Dzisiaj, na przykład, po raz pierwszy od uczciwie nie pamiętam kiedy, poczułam swoje przywodziciele pracujące nad stabilizacją nogi w Wojowniku 2. Oraz inne głębokie mięśnie w tyłku, o których zdążyłam już zapomnieć.

Wniosek mam jeden: mobilne, silne biodra to źródło szczęścia i pewności siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *