Pracownia Somatyczna, albo kilka słów o byciu w zgodzie ze sobą

Czasami przychodzi w życiu taki moment, kiedy należy się puścić czegoś, co już nie działa. Na przykład wymienić starą lodówkę, kupić zmywarkę, żeby oszczędzić wodę i środowisko, zmienić samochód na elektryczny albo, jak w moim przypadku, przestać udawać, że chce się w ogóle jeszcze mieć w nazwie “pilates”.

Powodów tej decyzji jest kilka, ale opowiem Wam o słomce, która złamała grzbiet wielbłąda.

Pracownia Somatyczna chodziła za mną od paru dobrych lat, odkąd się w ogóle o istnieniu somatyki dowiedziałam. Postawiłam nawet w zimie taką stronę, ale jakoś nie chciałam wtedy jeszcze odpuścić Dobrego Pilatesu jako nazwy. Głównie dlatego, że była ze mną niemal od dekady – wpadliśmy na nią z moim kuzynem Kubą jakoś na początku roku 2011 i pod tym szyldem działałam w Warszawie, prowadząc swoje małe studio. Nazwa była na tyle chwytliwa, że kiedy się z Wawy wyprowadziłam jedna z moich byłych pracownic postanowiła podczepić się pod markę, dodając “dzień” do “dobry pilates” – polska szkoła kopyrajtingu trzyma się mocno. No, to tym bardziej postanowiłam nazwy nie puszczać. Nie po to karmiłam algorytmy dziesięć lat, żeby jakaś panna, która nie umie w autopromocję się pod nie podczepiała.

Przez dwa lata Dobry Pilates był w sumie w hibernacji, bo przeprowadzka a potem choroba i leczenie. Robiłam parę podejść do powrotu do niego i zawsze mnie coś uwierało i wkurwiało. Nie do końca wiedziałam, co, ale jakiś czas temu postanowiłam obserwować reakcje. Obserwowanie własnych reakcji zawsze daje interesujące rezultaty.

Zaplanowałam sobie parę rzeczy, które chciałam robić i pisać i zupełnie nie miałam na nie ochoty. Pisanie szło jak wyciskanie krwi z kamienia – i pisanie o pilatesie, i pisanie w ogóle, o wszystkim. Dla mnie to zawsze jest znak, że coś nie gra. Zaczęłam się wycofywać i denerwować, potem zaczęłam się martwić swoim wyglądem… a to dla mnie zawsze oznaki, że gdzieś w okolicy jest jakaś presja i wzięłam na siebie coś, czego tak naprawdę robić nie chcę. No i co tu dużo gadać – prawda jest taka, że nie chcę się zajmować pilatesem. Czy też inaczej: nie chcę się zajmować WYŁĄCZNIE pilatesem. Zwłaszcza, że jakieś dwa czy trzy tygodnie temu za Wielką Wodą wybiło w końcu bardzo paskudne pilatesowe szambo.

Rzeczy, o których klienci nie wiedzą, a które od lat walą nauczycielom po poczuciu bezpieczeństwa to spór o to, kto ma prawo mówić, że uczy pilatesu, a kto nie ma. I o to, że jedynym słusznym prawdziwym czystym pilatesem jest pilates “klasyczny” (cokolwiek on oznacza). I jeśli nie uczysz czystego klasycznego pilatesu to nie mów, że uczysz pilatesu, nazwij to jakoś inaczej! To nie pilates!
No i szambo się w końcu wylało, dyskusja poszła na noże i jedną wariatkę, która zaczęła grozić paru nauczycielkom śmiercią, używając do tego wdzięcznego nicka “Pilates Nazi”. Ja pierdolę, tak na marginesie.

Obserwowałam sobie tę gównoburzę może nie jedząc popcorn, ale na pewno z punktu, na którym zawsze siada antropolog: trawiastego wzgórka gdzieś poza granicami wioski, w której palą czarownice. Kiedy do mnie dotarło, że tysiące ludzi właśnie daje się uwikływać w trójkąt dramatyczny postanowiłam zrobić jedyną rzecz, którą można w takim momencie zrobić – wyjść z trójkąta.

Nie interesuje mnie przynależność, nawet symboliczna, poprzez nazwę, do środowiska zawodowego, w którym poluje się na czarownice. Głównie dlatego, że polowania na czarownice mają to do siebie, że bardzo łatwo wymykają się spod kontroli i kończą krwawymi łaźniami – patrz wojny religijne w Niemczech. Moje poczucie bezpieczeństwa jest dla mnie ważniejsze, niż jakieś trzysylabowe, nic nie znaczące słowo opisujące system ćwiczeń fizycznych. To raz.

Dwa, od jakiegoś czasu zadawałam sobie pytanie czy ktoś, kto ma w nazwie przymiotnik wartościujący o silnym antonimie ma prawo czepiać się tego, że inni używają przymiotników wartościujących o silnych antonimach do opisywania tego, co robią i wyszło mi, że utrzymując nazwę Dobry Pilates w jakimkolwiek innym kontekście, niż nazwa strony internetowej (mam ją od 10 lat, heloł) jestem po prostu hipokrytką. No nie da się tej nazwy nijak obronić, a mnie z hipokryzją nie do twarzy.

Trzy, od jakiegoś czasu słucham podcastów The Pilates Elephants Cloe Bunter i Raphaela Bendera, dwójki Australijczyków (kupili mnie tym, że pierwszy podcast Raph zaczął od słów “No iluż patentowanych idiotów po tym świecie chodzi”) i dziś rano, dzięki cudom nowoczesnej techniki, ściślej rzecz biorąc Instagramowi, odbyłam szybką rozmowę z Cloe na temat poruszanych w tych podcastach tematów. Mianowicie tego, czy postawa i prawidłowe ustawienie mają jakiekolwiek znaczenie.

Otóż, nie mają. Albo, jak Cloe zaznaczała, postawa może mieć o wiele więcej wspólnego z naszym samopoczuciem psychicznym niż tym, czy podnosząc szklankę mleka z kolanami nad stopami uszkodzimy sobie dysk, więc zawracanie sobie nią głowy i gonienie jak za świętym Graalem ma tyle sensu, co… gonienie za świętym Graalem właśnie.

Nie ukrywam, zacukałam się lekko i zapytałam, czego ja właściwie uczę jak uczę pilatesu, na co otrzymałam rozbrajającą odpowiedź, że Cloe nie wie, każdy to sam definiuje, ona uczy ludzi poruszać się bez lęku i to, co robi to po prostu gimnastyka dla normalsów.

Gimnastyka dla normalsów to lata świetlne od wspomnianych w punkcie pierwszym wojen religijnych o to, czy to co ktoś robi jest czy nie jest pilatesem, prawda?

I wtedy zadałam sobie jedno pytanie: Czy ja chcę, żeby to co uczę było pilatesem?
I odpowiedziałam sobie: A musi? A jest ci ta nazwa do czegokolwiek potrzebna, żeby dobrze uczyć tego, czego uczysz od piętnastu lat?
I odetchnęłam z ulgą, po czym zmieniłam sobie wszystko oprócz adresu strony internetowej tak, aby lepiej pasowało do tego, co robię.

No dobra, nie wszystko, mindset zmieniłam. Nad całą resztą będę musiała przysiedzieć tak ze trzy, cztery dni, żeby sobie zbudować takie miejsce w sieci, w którym będę chciała często i z ochotą przebywać, dzieląc się wiedzą. No i w sumie jestem bardzo ciekawa, co wyniknie z eksperymentu pisania o pilatesie kompletnie nie pisząc o pilatesie, ale to temat na zupełnie inną bajkę 😉

A człowiek, który odetchnął z ulgą, bo somatyki można uczyć w czymkolwiek na sobie, a nie tylko w błyszczących markowych legginsach, wygląda tak:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *